W ramach weekendowych seansów filmowych luby zażyczył sobie obejrzeć
"Sztandar chwały" Clinta Eastwooda o lądowaniu Amerykanów na japońskiej
wyspie Iwo Jima. Luby mój z wielkim upodobaniem czyta "Strzał", "Arsenał" i
inne militarystyczne periodyki, jest zatem specjalistą w zakresie wszelkiego
możliwego uzbrojenia, taktyki wojennej i innych nudnych bzdur, które na ogół
doprowadzają kobiety do ostentacyjnego ziewania.
Ja jednak postanowiłam wykazać nieco entuzjazmu, dlatego widząc na ekranie
płynących w kierunku Iwo Jimy Amerykanów z pozorowanym zainteresowaniem
wykrzyknęłam:
- Ale fajne statki!
- To nie statki - odpowiedział zdegustowany luby. - To okręty wojenne.
Niezrażona tą reprymendą po kilku minutach, obserwując na ekranie desant
Amerykanów, zawołałam radośnie:
- Ale śmieszne łódki!
- To nie żadne łódki, tylko barki desantowe - zareplikował mój miły jeszcze
bardziej zdegustowany niż poprzednio.
Po pół godzinie podjęłam kolejną próbę:
- Fajna barka - rzuciłam fachowo.
- Głupia, to nie łódka. To ponton - usłyszałam.
- Nie, to duże.
- ???? [osłupienie] To jest okręt podwodny!
Próbowałam się jeszcze dowiedzieć, dlaczego te statki, pardon, okręty
płynęły jeden za drugim, a nie obok siebie albo byle jak, ale luby wywrócił
tylko oczami, westchnął z politowaniem i rzucił mi spojrzenie, które
oznaczać miało, że i tak nic nie zrozumiem. Mężczyźni... A potem przychodzi
do mnie jeden z drugim i pyta, co to jest mascara.